Wiersz „kapiel w rzygach niemowlaka”

Czarna noc kwietniowa
Noc Walpurgii
Wilki wyją
Ryjami ku swiatłu księżyca
Wrony kraczą
Złowieszczo jak czarna smoła
Z kotła samego Belzebuba

Ktoś kąpie się
W rzygach niemowlaka
Ktoś…
W chacie przy cmentarzu

Gdy stara baba samotnie
Puka do drzwi satanistycznie
W ręku siatka z cebulą
Z mordy tez jej daje
Napoczęła po drodze
Mniam mniam
Smacznego stara pizdo

Czy to sam Belial?
Napuszcza wody do wanny
Sprawdza pazurem u stopy
Czy odpowiednia temperatura
66,6 kurwa kelwina

Nie
To nie on
Kąpiel w rzygach niemowlaka
To nie satanistyczne rytuały
Nie czarna msza
To codzienność wielu
Samotnych matek

Było
Nie dawać dupy
Na lewo i prawo

Wszystkiego
Najlepszego
Z okazji dnia kobiet

Opowiadanie o superbohaterach

Cały czas wychodzą nowe filmy o superbohaterach. Jest sobie w nich ktoś z niezwykłymi mocami i walczy z bardzo złymi ludźmi albo potworami. Tym razem tak nie będzie. Raz, że nie jest to film. A dwa, że chciałbym opowiedzieć Wam o zwykłych superbohaterach. Takich umiarkowanie super. Walczą nie z wielkimi w chuj groźnymi rzeczami, ale trochę mniejszymi niegodziwościami. Nie będzie to jednak smutne pierdolenie, że Bartek utoczył cztery litry krwi na chore dzieci. Albo jakiś Maciek jest wolontariuszem WOŚP a pieniądze podkrada tylko okazjonalnie. Nie będzie to też historia Darka, który zimą nagrzewa ciepłem własnej dupy siedzenia w komunikacji miejskiej. Posłuchajcie więc o czym ta historia będzie.

Miasto Morąg. Kiedy zapada zmrok i do życia budzą się dziwki, złodzieje i narkomani, porządni ludzie idą spać. Porządni ludzie idą spać a razem z nimi Kapitan Bobrzy Ogon. Musi być wyspany, w końcu na ósmą do roboty. Zasypia i śnią mu się przeróżne dziwactwa. Budzi się rano, ubiera ubrania i wyrusza do pracy. Wsiada w tramwaj* linii kurwa 48, siada sobie wygodnie i jedzie elegancko. Unika wzroku starych kobiet. Gdyby miały trochę więcej siły zadusiłyby go i zajęły jego miejsce. W końcu wysiada. Spotyka swojego kolegę z podstawówki i wywiązuje się między nimi następująca rozmowa.
- Cześć John.
- Cześć Arek – odpowiada Kapitan Bobrzy Ogon.
- Gdzie idziesz?
- Do roboty – spogląda nerwowo na zegarek, już 8:03. Jest spóźniony.
- Przy czym robisz?
- Jestem kelnerem.
- Chuj z Ciebie nie kelner. Kelnerzy nie chodzą do pracy na 8 – Arek nie może ukryć zdziwienia.
- Dobra kurwa. Nara, nie twój interes.
I poszedł. Czy poszedł jednak do prawdziwej pracy? Czy może do swojej kryjówki superbohatera? Poszedł do prawdziwej pracy, pracuje na 8. W pracy przywitał go szef don Vito.
- Johnie Arkansas! Spóźniłeś się mamma mia. Nic dziwnego, że nie mamy klientów jak się spóźniasz aż o 6 minut.
- Ależ drogi panie don Vito, może to dlatego, że otwieramy za wcześnie. Kto zamawia placki od ósmej do czternastej i nieczynne w niedzielę a w sobotę jak pan popije w piątek to też nie?
- Dobra gnoju, nie podważaj mojego modelu biznesowego. W końcu się wybijemy. A teraz obieraj ziemniaki. Coś czuję, że dziś będzie duży popyt na ziemniaki.
John obierał ziemniaki aż do 11:17. Aż pani don Vitowa musiała odpuścić kąpiel, bo cała wanna zajebana ziemniakami. Wiedział, że to zemsta za pyskowanie a nie żaden model biznesowy. Raptem stało się coś nieoczekiwanego. Do restauracji przyszły dzieci na obiad.
- Mamma mia, chyba ze 40 bambini. – W oczach starego don Vito pojawił się błysk – John wstawiaj szybko ziemniaki. Witamy serdecznie szanowne dzieci.
Dzieci poczęstowane zostały podwójną porcją ziemniaków. Ziemniaki zjadły z ochotą, gdyż są smaczne i pożywne. Gdy już się zwinęły John musiał posprzątać stoły. Ścierał szmatą aż miło było popatrzeć. Ścierał szmatą dobrze. Wtem zauważył na stole wydrapane kluczami imiona. Jarek, Czarek, Marek. O nie – pomyślał. Tego nie mogę puścić płazem. To wandalizm w czystej postaci.
- Panie don Vito, muszę iść do domu. Strasznie boli mnie brzuch. – słysząc to niski łysy gruby pan z wąsem zlustrował Johna.
- Dobra idź. Nie chcemy tu znowuż sanepidu.
Don Vito ciągle jeszcze pamiętał gdy sanepid wpadł akurat gdy John i cała włoska familia miała salmonellę, żółtaczkę i wzw typu B, ale pracowali. Kara finansowa spowodowała wtedy, że zaklął w myślach: „Mamma mia” po czym się zesrał. Odrobił jednak te straty. Wykreował popyt na ziemniak, dzięki mistrzowskiemu wykorzystaniu swojego modelu biznesowego i kanałów dystrybucji. W obecnej sytuacji jednak nie mógł sobie na to pozwolić.
Don Vito stał od dłuższej chwili pogrążony w myślach, ale naszego superbohatera dawno już nie było. Czy był w domu i leczył zatrucie pokarmowe? Nie. Jechał wymierzyć sprawiedliwość dzieciom. Wsiadł w szybkobieżny autobus linii 64. Już niedługo miał wysiąść pod jedyną w Morągu podstawówką**. Ale ale, któż to? Do autobusu wsiadł nemezis Człowieka Bobrzy Ogon. Doktor Występek. Niepozorny pan z teczką?
Nie. Doktor Występek na codzień miał intratną posadkę na uniwersytecie. Aktualnie starał się wprowadzić nową stałą matematyczną. Stałą z przedziału 0 do 1 określającą szansę wystąpienia pewnego szczególnego zdarzenia. Zdarzenie to oznaczane miało być grecką literą Rho i pokazywać szansę na to, że grupa czterech losowo wybranych pracowników sektora IT przypominać będzie z wyglądu drużynę RPG. Np. Jeden Elf, Shao Khan z mortal kombat, Spock ze star treka i Muminek. Twierdził on, że prawdopodobieństwo to jest stałe i znajduje się gdzieś w przedziale 0.03-0.04. Z jakiegoś powodu miało to kolosalne znaczenie dla budowy świata jaki znamy. Co więcej, uważał on, że stała Rho podniesiona do kwadratu wyznacza prawdopodobieństwo na to, że grupa czterech losowo wybranych pracowników sektora IT przypominać będzie z wyglądu drużynę RPG z tego samego uniwersum! Np. cała kurwa brygada RR razem z tym wąsatym szczurem( na bank jest RPG w klimacie brygady RR, jeśli nie ma to rezerwuję).
Ale wróćmy do rzeczywistości. Doktor Występek to arcywróg naszego bohatera – jeżdzi komunikacją miejską i próbuje wysadzać ludzi z miejsc uprzywilejowanych. Siedzisz na miejscu dla inwalidów? Pokaż chuju papier. Dla kobiet w ciąży? To samo. Widząc osobę bez dziecka na miejscu dla matki z dzieckiem sam pakował się delikwentowi na kolana. Super łotr i istny skurwiel. John nie tolerował takiego zachowania. Wysiadając na swoim przystanku wycharczał przez zęby:
- Jeszcze cię dorwę Występek. Dorwę cię dobrze.
Może w tym miejscu warto przybliżyć czytelnikowi moc, którą posiadał Kapitan Bobrzy Ogon. John urodził się z małym bobrzym ogonem nad dupą. Ogon rósł razem z nim a on z wiekiem nauczył się nim posługiwać. Wykonywać ruchy dzięki którym zyskał zwinność prawie Bobra. Bardzo szybkie zwinne ciosy były bardzo bolesne, ale nie wyrządzały większej szkody. No i niezbędne jeśli miałeś akurat tamę do przyklepania albo gładź do położenia. W sam raz na takich urwisów jak Czarek, Marek i Jarek. John z namaszczeniem założył swój strój – stare futro matki z wycięciem na ogon, czapkę uszatkę i okulary przeciwsłoneczne. Wypisz wymaluj bóbr rozmiarów ludzkich. Niedaleko szedł i zobaczył trzech młodych chłopców wydrapujących kluczami imiona na płocie. Imiona Jarek, Czarek i Bartek.
- Dobra, Bartek. Wypierdalaj. To nie mój rewir. Niech Człowiek Wieko Od Ogórków Ale Takie Porządnie Zakręcane cię dorwie. Ja wam urwisy pokaże gdzie raki zimują.
Rozpoczął się wpierdol Bobrzym Ogonem. Dzieciaki płakały i błagały o litość. Czy one jednak miały litość kiedy niszczyły stół pana don Vito? Wcale nie miały. Dostały solidny łomot i jeszcze napluto im do ryjów.
- Straż! Wezwać straż miejską! Niech zaprowadzą tu porządek***! – zawował w końcu jakiś przechodzień.
Johnowi nie trzeba było dwa razy powtarzać, ulotnił się zanim patrol straży miejskiej przybył na miejsce zdarzenia. Ulotnił się siecią miejskich wodociągów w której porobił tamy z europalet, kartonów i włosów znalezionych w odpływie wanny po kąpieli pani don Vitowej. Może tamy powodowały czasem małe powodzie, ale superbohater potrzebuje sieci komunikacyjnej. Morąg potrzebuje sieci komunikacyjnej dla superbohatera w kanałach. W domowych pieleszach ugotował sobie ziemniaczków i usnął z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Akurat wtedy gdy budziła się pierwsza kurwa.
Kolejnego dnia kupując poranną gazetę zapytał w kiosku:
- Dlaczego tak nazywają Kapitana Bobrzy Ogon, przecież to bohater? – John wskazał palcem na nagłówek pierwszej strony.
- Co też pan pierdoli?
- Ech nieważne… – Dodał już ciszej – Na zawsze niezrozumiany. Ale Morąg mnie potrzebuje. Potrzebuje mnie dobrze. Taka już natura tego wąsatego ssaka. Raz klepiesz ogonem tamę, raz tama klepie ciebie.
„Yeti zboczeniec znów stłukł dzieci penisem” – głosił nagłówek na pierwszej stronie kuriera Morąga. Podmuch wiatru podwiał ogon, który podniósł się i opadł trzykrotnie. Klap, klap, klap.

* – chuj, że w Morągu nie ma tramwajów, w tym uniwersum są
** – chuj, że jest 64 różnych linii komunikacji miejskiej a tylko jedna podstawówka. To moje uniwersum, wykreuj swoje jak się nie podoba.
*** – nic nawet kurwa nie mów, to moje uniwersum.

Sernik maks dwa złote za kawałek po 16 złotych, czyli restauracja „Polka”

Bangalore, Indie 2020 AD
Bejbi Johnson wstał tego dnia później niż zwykle. Nie mógł spać, gdyż muchy krążyły mu wokół siennika. Miał jeszcze sporo czasu zanim pójdzie do pracy, zjadł więc śniadanie składające się z dwóch cebul i kawałka chałwy. Po tym wybornym posiłku pobiegł co sił w nogach do miejsca gdzie mieszkał jego przyjaciel Prathap Banbihari. Dzień zapowiadał się wyśmienicie. Rozegrali razem partyjkę polo. Bejbi wygrał nawiasem mówiąc. Zrobili razem kupę na ulicy i przybili piątki. Spełniony i pełen humoru poszedł do pracy. W pracy sielskie życie miało dobiec końca. Parokrotnie śmiano się z niego i kazano opowiadać kawały – normalka. Do wyzwisk się już przyzwyczaił, do pytań, czy lubi się ruchać też. Parę równań matematycznych, kilka zagadek, tych co zawsze, może ze trzy rzeczowe pytania, dzień jak co dzień. Kolejny dzień pełen przykrości dla tego z natury pogodnego hinduskiego młodzieńca z wąsem. Płacili jednak na tyle dobrze, że mógł najadać się cebulą co dzień do syta. Bejbi pracował bowiem w szczególnym rodzaju call center – siedział na czacie i udawał, że jest sztuczną inteligencją zaprogramowaną do odpowiadania na pytania klientów restauracji. Zarząd sieci restauracji zorientował się, że utrzymanie skomplikowanego systemu informatycznego obsługującego bota kosztuje majątek. Zdecydowano więc przenieść proces w pizdu do Indii i udawać, że hindusi nauczeni Polskiego to tak na prawdę komputer.

Piękna wizja nieprawdaż? Fajnie gdyby zamiast użerać się z kelnerem w restauracji, ograniczyć kontakt ludzki do minimum. Załatwić wszystko przez jakiś sprytny terminal, względnie bota, który odpowiadałby na pytania o jedzenie. Nawet jeżeli botem byłby tak na prawdę hindus. Bo to jest właśnie najbardziej wkurwiające w restauracjach. Nie możesz spokojnie zjeść, bo zawraca ci dupę jakiś buc. Pyta, czy smakowało. A co ci kutasie mam odpowiedzieć na to pytanie? Jestem kurwa uprzejmy i nawet jak jest niedobre, to nie będę ci tego tłumaczył, tylko powiem, że smakuje jebany chuju. Albo powiem ci, że pomyliłem jagnięcinę z cielęciną i cielęcinę lubię a jagnięcina śmierdzi dla mnie starą babą i dlatego mi nie smakuje. Co chuju kosmaty zrobisz z tą wiedzą? Jakby był taki terminal jak w mak donaldzie i jeszcze na przykład jedzenie wjechałoby do stolika na takiej taśmie a później zapłaciłbyś jak w tesku w terminalu ponownie? Kontakt z ludźmi ograniczony do minimum. Brzmi wspaniale.
Jak to mawiał klasyk: „dobra kurwa, koniec tego pierdolenia, przejdźmy do meritum”. Wybrałem się z żoną do restauracji Polka w Łodzi. Najsampierw podano nam za darmo kanapki z pastą rybną. Takie se, ale ciekawe skąd mieli świeży chleb w niedzielę? Pewnie rozmrozili polali wodą i do piekarnika. Później zjadłem zupę żurek a żona pomidorową. Moja zupa spoko, pływały tam kawałki kiełbasy, co cenię zarówno w potrawach jak i w ludziach. Pomidorowa jak to pomidorowa, chociaż ja preferuję taką typowo stołówkową. Ta była bardziej o smaku pomidorów, ale i tak nie była zła. Tutaj pozwolę sobie na taką dygresję, pewnie zastanawiałeś się skąd wiem jak smakowały dania żony. Otóż dajemy sobie na łyżce czasem spróbować dań. W ten sposób możemy oszukać nasze brzuszki, że zjedliśmy więcej dań. Dobra. Na drugie wziąłem stek. Mieliśmy odliczone pieniądze i niestety dla żony nie starczyło na drugie danie, więc nic nie wzięła. Stek pyszny, chyba też ładnie pachniał, bo żona łakomo na niego zerkała, ale ponieważ nie miała się na co wymienić nie dałem jej spróbować. Oprócz steku były tam też grzyby i warzywa: brokuł, fasolka szparagowa, cukinia. Do tego ziemniaki pieczone i surówka z pora. Surówka trochę gorzka, ziemniaki spoko jak to ziemniaki. A tak na prawdę starczyło pieniędzy na drugie danie dla mojej małżonki. Dostała kurczaka faszerowanego jakimś chuj wie czym. To chuj wie co było jednak dobre. Kurczak moim zdaniem był najlepszą potrawą tego dnia. Mięso bardzo miękkie i delikatne. Sam nie umiem przyrządzić tak dobrze kurczaka, zawsze wychodzi twardy.
Swoją drogą ciekawe jak znani z programów w tv krytycy kulinarni radzą sobie z jedzeniem. Widziałem kiedyś taki program jak gotowali różni kucharze a krytycy oceniali. Nie muszę chyba mówić, że wszystko było chujowe i generalnie wypierdalali na podłogę to co dostali. A wyglądało jak złoto, więc ja bym jadł. No właśnie, był tam taki łysy dziwny grubas wyglądający jak syn / wnuk Janusza Korwina Mikke. I co on non stop się stołuje we w chuj drogich restauracjach? Przecież widać, że nie stać go na to. Jednego dnia wypierdala na podłogę dobre danie a następnego smaży na patelni w domu stare wędliny. Porządnie, żeby nie śmierdziały. Wpierdala to z ogórkami w plastrach, bo zorientował się, że nie ma śmietany, żeby zrobić mizerię. Tak ja to widzę.
No ale nic. Zjedliśmy dania i bardzo się objedliśmy. Porcje bardzo syte i na prawdę nie miałem już miejsca w brzuchu na kolejne smakołyki. Do teraz w zasadzie mnie trzyma. O tym, że kelner wkurwiał standardowo nie muszę chyba wspominać? Czułem presję – cały czas się pałęta i patrzy, czy jem. Jak ty jesz to ja ci się nie kręcę wokół jak muchy młodemu Bejbiemu Johnsonowi wokół siennika. Albo jakieś żarty, czy coś. Śmieszą mnie kawały o kupie a nikt rozsądny nie każe kelnerowi opowiadać klientom kawałów o kupie. W dupie mam taki interes. Ponieważ jak wspomniałem brzuszki mieliśmy pełne, deser zamówiliśmy na wynos. Wzięliśmy sernik, bo była to jedyna potrawa na którą wydawało mi się, że temperatura nie ma wpływu. Było tego dnia bardzo ciepło. Tego dnia kurwa, dzisiaj. Sernik smakował jak zwykły sernik za maks 2 złote za kawałek w każdej cukierni. Daliśmy 16 zł za kawałek co daje sumę 32 złotych za dwie osoby. Zwykły kurwa sernik. Za 32 złote wpierdalałbym sernik codziennie przez 2 tygodnie.
Podsumowując, jedzenie na prawdę dobre i dużo dostaliśmy. Nie wiem, czy wszystkim tyle nakładają, czy skumali, że jestem blogerem. W każdym razie doceniam. Przygotowanie jedzenia też dość sprawne i szybkie. Jedzenie długo trzyma więc to też na plus. A nie, czekaj, przecież jadłem jeszcze później rzeczy (wędlina z patelki)… Z minusów to będzie, że sernik taki zwykły za niezwykłą cenę. Nadmiernych kontaktów międzyludzkich nie zaliczam do minusów, gdyż w każdej restauracji podobnie to wygląda. Postanowiłem o tym napisać, bo do takich przemyśleń doszedłem podczas jedzenia. Może z tekstu to nie wynika, ale było to jedno z lepszych jedzeń jakie jadłem. Oceniam swoje doznania na 9/10.

„U Ciebie czy u mnie?” recenzja restauracji

- Nie zamawiałem tego i nie zapłacę za to – usłyszała kelnerka stawiając przede mną pół kanapki z pasztetem
- Ależ proszę pana, ofiaruję panu te pół kanapki z pasztetem jako przystawkę. Pasztet domowo pieczony. – przewróciła oczami i odpowiedziała.
- I dajecie takie coś do każdego dania? – Kurwa niemożliwe, pomyślałem.
- Tak proszę pana.
- W takim razie zupa i drugie danie będzie osobno płacone. Poproszę o drugie pół kanapki.
- Yyyy… Oczywiście. – O kurwa przeszło, pomyślałem.

Tak, to nie żart. W restauracji „U Ciebie czy u mnie?” w mieście gminnym Konstantynów Łódzki ofiarowano mi za darmo w sumie całą kanapkę z pasztetem. Jedną do zupy, drugą do drugiego dania. Żona zamówiła tylko drugie, więc dostała tylko pół. No i pąsów na twarzy. Chyba z żalu po straconej kanapce.
Do restaruracji zabrałem dziś żonę, gdyż dobrze zarabiamy i stołujemy się czasem w wykwintnych lokalach. Ja wziąłem zupę żurek i mięso z plackami ziemniaczanymi i sosem. Żona kotlet schabowy z pieczarkami i serem. Zostaliśmy poinformowani, że cena nie obejmuje surówek i dodatków, chyba, że w opisie napisano inaczej. Za to duży plus. Do dziś pamiętam jak przejechałem się na kawale suchej ryby bez niczego za kurwa 30 nowych Polskich złotych.
Na dania czekaliśmy umiarkowanie długo. W tym czasie obserwowałem przybyłych gości. Kotarą ogdrodzona od reszty była impreza rodzinna. Prawdopodobnie chrzest, gdyż pałętały się tam bardzo małe dzieci i ludzie byli względnie trzeźwi. Do sąsiedniego stolika przysiadł się lewicowy polityk Ryszard Bugaj wraz z żoną. Wydedukowałem, że wracają z wakacji. Jak to na wakacjach, postanowili, że skoro już tu więcej nie wrócą, to usiądą przy wyściu. Jak to się mówi – wpierdolą i spierdolą. Wiadoma sprawa. Samochód już załadowany bagażami. Trzeba tylko ostatnim wysiłkiem wprawić objedzone do granic ciało w ruch, szybko wsiąść do pojazdu i spierdolić w pizdu. Wakacje mają swoje prawa. No ale przejdźmy do meritum.
Kanapka z pasztetem spoko. Jak to kanapka z pasztetem, do tego ogórek kiszony. Co ciekawe dostaliśmy sztućce. Kto kurwa je kanapkę nożem i widelcem? No ale nieważne. Barszcz bardzo smaczny. W środku jajko przekrojone na 4, kabanosy i kiełbasa biała. O mięso z plackami ziemniaczanymi zrobiłem małą awanturę, gdyż nie polano ich sosem. Baba powiedziała, że jest pod spodem. Sprawdziłem przy niej i ją odprawiłem. Dziwna sprawa. Sos na dole? Smak dania ok. Sos spoko – z kiełbasą, więc na plus. Trochę ostry. Z tego co podebrałem żonie schabowego to też w porządku, ale bez szału.
Cena średnia. Za to wszystko plus kompot i surówki dałem 60 zł. Miałbym za to 6 kebabów – nie do przejedzenia. Co dziwne kelnerka nie pozwoliła mi się targować. Widać co restauracja to obyczaj. Zamiast napiwku dałem kelnerce coś cenniejszego. Dałem jej dobrą radę. Wskazałem na Bugaja. „Pani uważa na tego typa o tam” – powiedziałem i wyszedłem. Sądząc z tego co Ryszard nazamawiał wyceniam wartość napiwku na jakieś 80-90 złotych. Powinna mi jeszcze resztę wydać.
Ogół wrażeń oceniam na 8/10.

Martadela 43 zlote za kilo – recenzja

- Żono! Szykuj odświętną zastawę, kupiłem martadelę 43 złote za kilo – zawołałem od progu wchodząc do domu z zakupów.
- Hahaha. – Żona nie wiedziała, że nie żartuję.
- Tylko krój cienko, bo 43 złote za kilo – Dostałęm niezłe zjeby za marnowanie kasy na chuj wie co. Ale teraz czas na przyjemną część, czyli degustację i recenzję tego przysmaku. Wiem, że nie każdy pozwolić sobie może na taki rarytas i ekstrawagancję, dlatego przetestuję ten produkt i opiszę doznania, żebyście wy już nie musieli. Recenzja będzie porównawcza – porównam ją ze smakiem mortadeli z biedronki 4 złote za kilo w batonach po pół kilo za dwa złote.
Mortadela 43 złote za kilo sprzedawana jest w markecie lidl. Kosztuje 43 złote za kilogram, ale pakowana jest w paczki po jakieś 150 g. Jestem po wypłącie, więc trwonię pieniądze na pierdoły i pomyślałem, że sprawimy sobie z żoną taki delikates. Kupiłem też masażer do stóp, ale o tym może innym razem.
43 złote. Dla jednych grosze. Dla innych majątek. Dla mnie kilogram mortadeli. W paczce znajdujemy cienko krojone plastry wędliny o mniej więcej średnicy bułki. Wygląda jak zwykła mortadela z plamami smalcu w środku. Pachnie trochę jak szynka konserwowa za jakieś 16 złotych za kilo. Najpierw zanim spróbowałem taki przysmak na kanapce, postanowiłem jeden plaster (wartość około 2 złote, czyli jak cały baton wędliny podobnego sortu z biedronki) zjeść na samo. W smaku słona, w zasadzie jak zwykła mortadela. Nie powiem, trochę się zawiodłem. Mortadela z biedry smakuje bardzo podobnie. Zrobiłem sobie też wykwintną kanapkę z takim przysmakiem, ale za mało dałem wędliny i nie poczułem dobrze smaku. Do kanapki dałem jeszcze rukolę, musztardę, jalapeno i pomidor koktajlowy. Całość przyozdobiłem pojedyńczym orzechem arachidowym. Wykwintne w chuj. Kanapka dobra, ale nie wiem, czy to dzięki wędlinie.
Dla porównania podpowiem wam jakie danie można zrobić z mortadeli za 4 złote za kilo. Można zrobić eleganckie danie „mortadela w cieście”. Robisz ciasto jak na naleśniki, maczasz kawałek mortadeli i na patelnię. Raz dałem koledze udając, że to jabłka w cieście i nie zauważył różnicy. Jabłka niby jakieś max 3 złote za kilo, ale obrane ze skórki i z wyciętymi gniazdami nasiennymi tracą na wadzę, więc realna waga miąższu jabłka jest jakieś 2 razy wyższa. Czyli z 3 złotych robi nam się 6. Skoro więc mortadela za 4 złote jest nie do odróżnienia od jabłek za 6 złotych to chyba wiadomo kto jest zwycięzcą pojedynku wędlin.
Powiem szczerze, że zawiodłem się na mortadeli 43 złote za kilo. Spodziewałem się chuj wie czego a dostałem produkt porównywalny do tańszego zamiennika z biedronki. Płacąc ponad 10 razy więcej spodziewam się 10 razy takich doznań smakowych a o to nie łatwo, bo mortadeli z biedronki już jest smaczna. Jest spoko, można zjeść, ale kurwa 43 złote za kilo to gruba przesada. Jak srasz pieniędzmi to polecam, żeby zagrać na nosie biedakom. Zajadaj na ich oczach i podkreślaj cenę tego dania.