Sernik maks dwa złote za kawałek po 16 złotych, czyli restauracja „Polka”

Bangalore, Indie 2020 AD
Bejbi Johnson wstał tego dnia później niż zwykle. Nie mógł spać, gdyż muchy krążyły mu wokół siennika. Miał jeszcze sporo czasu zanim pójdzie do pracy, zjadł więc śniadanie składające się z dwóch cebul i kawałka chałwy. Po tym wybornym posiłku pobiegł co sił w nogach do miejsca gdzie mieszkał jego przyjaciel Prathap Banbihari. Dzień zapowiadał się wyśmienicie. Rozegrali razem partyjkę polo. Bejbi wygrał nawiasem mówiąc. Zrobili razem kupę na ulicy i przybili piątki. Spełniony i pełen humoru poszedł do pracy. W pracy sielskie życie miało dobiec końca. Parokrotnie śmiano się z niego i kazano opowiadać kawały – normalka. Do wyzwisk się już przyzwyczaił, do pytań, czy lubi się ruchać też. Parę równań matematycznych, kilka zagadek, tych co zawsze, może ze trzy rzeczowe pytania, dzień jak co dzień. Kolejny dzień pełen przykrości dla tego z natury pogodnego hinduskiego młodzieńca z wąsem. Płacili jednak na tyle dobrze, że mógł najadać się cebulą co dzień do syta. Bejbi pracował bowiem w szczególnym rodzaju call center – siedział na czacie i udawał, że jest sztuczną inteligencją zaprogramowaną do odpowiadania na pytania klientów restauracji. Zarząd sieci restauracji zorientował się, że utrzymanie skomplikowanego systemu informatycznego obsługującego bota kosztuje majątek. Zdecydowano więc przenieść proces w pizdu do Indii i udawać, że hindusi nauczeni Polskiego to tak na prawdę komputer.

Piękna wizja nieprawdaż? Fajnie gdyby zamiast użerać się z kelnerem w restauracji, ograniczyć kontakt ludzki do minimum. Załatwić wszystko przez jakiś sprytny terminal, względnie bota, który odpowiadałby na pytania o jedzenie. Nawet jeżeli botem byłby tak na prawdę hindus. Bo to jest właśnie najbardziej wkurwiające w restauracjach. Nie możesz spokojnie zjeść, bo zawraca ci dupę jakiś buc. Pyta, czy smakowało. A co ci kutasie mam odpowiedzieć na to pytanie? Jestem kurwa uprzejmy i nawet jak jest niedobre, to nie będę ci tego tłumaczył, tylko powiem, że smakuje jebany chuju. Albo powiem ci, że pomyliłem jagnięcinę z cielęciną i cielęcinę lubię a jagnięcina śmierdzi dla mnie starą babą i dlatego mi nie smakuje. Co chuju kosmaty zrobisz z tą wiedzą? Jakby był taki terminal jak w mak donaldzie i jeszcze na przykład jedzenie wjechałoby do stolika na takiej taśmie a później zapłaciłbyś jak w tesku w terminalu ponownie? Kontakt z ludźmi ograniczony do minimum. Brzmi wspaniale.
Jak to mawiał klasyk: „dobra kurwa, koniec tego pierdolenia, przejdźmy do meritum”. Wybrałem się z żoną do restauracji Polka w Łodzi. Najsampierw podano nam za darmo kanapki z pastą rybną. Takie se, ale ciekawe skąd mieli świeży chleb w niedzielę? Pewnie rozmrozili polali wodą i do piekarnika. Później zjadłem zupę żurek a żona pomidorową. Moja zupa spoko, pływały tam kawałki kiełbasy, co cenię zarówno w potrawach jak i w ludziach. Pomidorowa jak to pomidorowa, chociaż ja preferuję taką typowo stołówkową. Ta była bardziej o smaku pomidorów, ale i tak nie była zła. Tutaj pozwolę sobie na taką dygresję, pewnie zastanawiałeś się skąd wiem jak smakowały dania żony. Otóż dajemy sobie na łyżce czasem spróbować dań. W ten sposób możemy oszukać nasze brzuszki, że zjedliśmy więcej dań. Dobra. Na drugie wziąłem stek. Mieliśmy odliczone pieniądze i niestety dla żony nie starczyło na drugie danie, więc nic nie wzięła. Stek pyszny, chyba też ładnie pachniał, bo żona łakomo na niego zerkała, ale ponieważ nie miała się na co wymienić nie dałem jej spróbować. Oprócz steku były tam też grzyby i warzywa: brokuł, fasolka szparagowa, cukinia. Do tego ziemniaki pieczone i surówka z pora. Surówka trochę gorzka, ziemniaki spoko jak to ziemniaki. A tak na prawdę starczyło pieniędzy na drugie danie dla mojej małżonki. Dostała kurczaka faszerowanego jakimś chuj wie czym. To chuj wie co było jednak dobre. Kurczak moim zdaniem był najlepszą potrawą tego dnia. Mięso bardzo miękkie i delikatne. Sam nie umiem przyrządzić tak dobrze kurczaka, zawsze wychodzi twardy.
Swoją drogą ciekawe jak znani z programów w tv krytycy kulinarni radzą sobie z jedzeniem. Widziałem kiedyś taki program jak gotowali różni kucharze a krytycy oceniali. Nie muszę chyba mówić, że wszystko było chujowe i generalnie wypierdalali na podłogę to co dostali. A wyglądało jak złoto, więc ja bym jadł. No właśnie, był tam taki łysy dziwny grubas wyglądający jak syn / wnuk Janusza Korwina Mikke. I co on non stop się stołuje we w chuj drogich restauracjach? Przecież widać, że nie stać go na to. Jednego dnia wypierdala na podłogę dobre danie a następnego smaży na patelni w domu stare wędliny. Porządnie, żeby nie śmierdziały. Wpierdala to z ogórkami w plastrach, bo zorientował się, że nie ma śmietany, żeby zrobić mizerię. Tak ja to widzę.
No ale nic. Zjedliśmy dania i bardzo się objedliśmy. Porcje bardzo syte i na prawdę nie miałem już miejsca w brzuchu na kolejne smakołyki. Do teraz w zasadzie mnie trzyma. O tym, że kelner wkurwiał standardowo nie muszę chyba wspominać? Czułem presję – cały czas się pałęta i patrzy, czy jem. Jak ty jesz to ja ci się nie kręcę wokół jak muchy młodemu Bejbiemu Johnsonowi wokół siennika. Albo jakieś żarty, czy coś. Śmieszą mnie kawały o kupie a nikt rozsądny nie każe kelnerowi opowiadać klientom kawałów o kupie. W dupie mam taki interes. Ponieważ jak wspomniałem brzuszki mieliśmy pełne, deser zamówiliśmy na wynos. Wzięliśmy sernik, bo była to jedyna potrawa na którą wydawało mi się, że temperatura nie ma wpływu. Było tego dnia bardzo ciepło. Tego dnia kurwa, dzisiaj. Sernik smakował jak zwykły sernik za maks 2 złote za kawałek w każdej cukierni. Daliśmy 16 zł za kawałek co daje sumę 32 złotych za dwie osoby. Zwykły kurwa sernik. Za 32 złote wpierdalałbym sernik codziennie przez 2 tygodnie.
Podsumowując, jedzenie na prawdę dobre i dużo dostaliśmy. Nie wiem, czy wszystkim tyle nakładają, czy skumali, że jestem blogerem. W każdym razie doceniam. Przygotowanie jedzenia też dość sprawne i szybkie. Jedzenie długo trzyma więc to też na plus. A nie, czekaj, przecież jadłem jeszcze później rzeczy (wędlina z patelki)… Z minusów to będzie, że sernik taki zwykły za niezwykłą cenę. Nadmiernych kontaktów międzyludzkich nie zaliczam do minusów, gdyż w każdej restauracji podobnie to wygląda. Postanowiłem o tym napisać, bo do takich przemyśleń doszedłem podczas jedzenia. Może z tekstu to nie wynika, ale było to jedno z lepszych jedzeń jakie jadłem. Oceniam swoje doznania na 9/10.

„U Ciebie czy u mnie?” recenzja restauracji

- Nie zamawiałem tego i nie zapłacę za to – usłyszała kelnerka stawiając przede mną pół kanapki z pasztetem
- Ależ proszę pana, ofiaruję panu te pół kanapki z pasztetem jako przystawkę. Pasztet domowo pieczony. – przewróciła oczami i odpowiedziała.
- I dajecie takie coś do każdego dania? – Kurwa niemożliwe, pomyślałem.
- Tak proszę pana.
- W takim razie zupa i drugie danie będzie osobno płacone. Poproszę o drugie pół kanapki.
- Yyyy… Oczywiście. – O kurwa przeszło, pomyślałem.

Tak, to nie żart. W restauracji „U Ciebie czy u mnie?” w mieście gminnym Konstantynów Łódzki ofiarowano mi za darmo w sumie całą kanapkę z pasztetem. Jedną do zupy, drugą do drugiego dania. Żona zamówiła tylko drugie, więc dostała tylko pół. No i pąsów na twarzy. Chyba z żalu po straconej kanapce.
Do restaruracji zabrałem dziś żonę, gdyż dobrze zarabiamy i stołujemy się czasem w wykwintnych lokalach. Ja wziąłem zupę żurek i mięso z plackami ziemniaczanymi i sosem. Żona kotlet schabowy z pieczarkami i serem. Zostaliśmy poinformowani, że cena nie obejmuje surówek i dodatków, chyba, że w opisie napisano inaczej. Za to duży plus. Do dziś pamiętam jak przejechałem się na kawale suchej ryby bez niczego za kurwa 30 nowych Polskich złotych.
Na dania czekaliśmy umiarkowanie długo. W tym czasie obserwowałem przybyłych gości. Kotarą ogdrodzona od reszty była impreza rodzinna. Prawdopodobnie chrzest, gdyż pałętały się tam bardzo małe dzieci i ludzie byli względnie trzeźwi. Do sąsiedniego stolika przysiadł się lewicowy polityk Ryszard Bugaj wraz z żoną. Wydedukowałem, że wracają z wakacji. Jak to na wakacjach, postanowili, że skoro już tu więcej nie wrócą, to usiądą przy wyściu. Jak to się mówi – wpierdolą i spierdolą. Wiadoma sprawa. Samochód już załadowany bagażami. Trzeba tylko ostatnim wysiłkiem wprawić objedzone do granic ciało w ruch, szybko wsiąść do pojazdu i spierdolić w pizdu. Wakacje mają swoje prawa. No ale przejdźmy do meritum.
Kanapka z pasztetem spoko. Jak to kanapka z pasztetem, do tego ogórek kiszony. Co ciekawe dostaliśmy sztućce. Kto kurwa je kanapkę nożem i widelcem? No ale nieważne. Barszcz bardzo smaczny. W środku jajko przekrojone na 4, kabanosy i kiełbasa biała. O mięso z plackami ziemniaczanymi zrobiłem małą awanturę, gdyż nie polano ich sosem. Baba powiedziała, że jest pod spodem. Sprawdziłem przy niej i ją odprawiłem. Dziwna sprawa. Sos na dole? Smak dania ok. Sos spoko – z kiełbasą, więc na plus. Trochę ostry. Z tego co podebrałem żonie schabowego to też w porządku, ale bez szału.
Cena średnia. Za to wszystko plus kompot i surówki dałem 60 zł. Miałbym za to 6 kebabów – nie do przejedzenia. Co dziwne kelnerka nie pozwoliła mi się targować. Widać co restauracja to obyczaj. Zamiast napiwku dałem kelnerce coś cenniejszego. Dałem jej dobrą radę. Wskazałem na Bugaja. „Pani uważa na tego typa o tam” – powiedziałem i wyszedłem. Sądząc z tego co Ryszard nazamawiał wyceniam wartość napiwku na jakieś 80-90 złotych. Powinna mi jeszcze resztę wydać.
Ogół wrażeń oceniam na 8/10.

Martadela 43 zlote za kilo – recenzja

- Żono! Szykuj odświętną zastawę, kupiłem martadelę 43 złote za kilo – zawołałem od progu wchodząc do domu z zakupów.
- Hahaha. – Żona nie wiedziała, że nie żartuję.
- Tylko krój cienko, bo 43 złote za kilo – Dostałęm niezłe zjeby za marnowanie kasy na chuj wie co. Ale teraz czas na przyjemną część, czyli degustację i recenzję tego przysmaku. Wiem, że nie każdy pozwolić sobie może na taki rarytas i ekstrawagancję, dlatego przetestuję ten produkt i opiszę doznania, żebyście wy już nie musieli. Recenzja będzie porównawcza – porównam ją ze smakiem mortadeli z biedronki 4 złote za kilo w batonach po pół kilo za dwa złote.
Mortadela 43 złote za kilo sprzedawana jest w markecie lidl. Kosztuje 43 złote za kilogram, ale pakowana jest w paczki po jakieś 150 g. Jestem po wypłącie, więc trwonię pieniądze na pierdoły i pomyślałem, że sprawimy sobie z żoną taki delikates. Kupiłem też masażer do stóp, ale o tym może innym razem.
43 złote. Dla jednych grosze. Dla innych majątek. Dla mnie kilogram mortadeli. W paczce znajdujemy cienko krojone plastry wędliny o mniej więcej średnicy bułki. Wygląda jak zwykła mortadela z plamami smalcu w środku. Pachnie trochę jak szynka konserwowa za jakieś 16 złotych za kilo. Najpierw zanim spróbowałem taki przysmak na kanapce, postanowiłem jeden plaster (wartość około 2 złote, czyli jak cały baton wędliny podobnego sortu z biedronki) zjeść na samo. W smaku słona, w zasadzie jak zwykła mortadela. Nie powiem, trochę się zawiodłem. Mortadela z biedry smakuje bardzo podobnie. Zrobiłem sobie też wykwintną kanapkę z takim przysmakiem, ale za mało dałem wędliny i nie poczułem dobrze smaku. Do kanapki dałem jeszcze rukolę, musztardę, jalapeno i pomidor koktajlowy. Całość przyozdobiłem pojedyńczym orzechem arachidowym. Wykwintne w chuj. Kanapka dobra, ale nie wiem, czy to dzięki wędlinie.
Dla porównania podpowiem wam jakie danie można zrobić z mortadeli za 4 złote za kilo. Można zrobić eleganckie danie „mortadela w cieście”. Robisz ciasto jak na naleśniki, maczasz kawałek mortadeli i na patelnię. Raz dałem koledze udając, że to jabłka w cieście i nie zauważył różnicy. Jabłka niby jakieś max 3 złote za kilo, ale obrane ze skórki i z wyciętymi gniazdami nasiennymi tracą na wadzę, więc realna waga miąższu jabłka jest jakieś 2 razy wyższa. Czyli z 3 złotych robi nam się 6. Skoro więc mortadela za 4 złote jest nie do odróżnienia od jabłek za 6 złotych to chyba wiadomo kto jest zwycięzcą pojedynku wędlin.
Powiem szczerze, że zawiodłem się na mortadeli 43 złote za kilo. Spodziewałem się chuj wie czego a dostałem produkt porównywalny do tańszego zamiennika z biedronki. Płacąc ponad 10 razy więcej spodziewam się 10 razy takich doznań smakowych a o to nie łatwo, bo mortadeli z biedronki już jest smaczna. Jest spoko, można zjeść, ale kurwa 43 złote za kilo to gruba przesada. Jak srasz pieniędzmi to polecam, żeby zagrać na nosie biedakom. Zajadaj na ich oczach i podkreślaj cenę tego dania.

wiersz z rymami 2

Wiersz ten miał mieć swoją premierę dopiero na recitalu, ale nie wiem, czy coś z tego w ogóle będzie a jest wybitny, więc nie ma co czekać.

„Japońscy mężowie stanu”

W dalekiej Japonii mieszka
Suzuki Hoshiheska
Siedzi tam całymi dniami
Oshimiro Harokami
Japończycy jedzą ryże
Mototoki Szczepan Ize
Robi jeansy i magnetowidy
Yoshihide Ichiidy
majstrują wideo kasety
Hotuhori Nurineki
Abazaba Bulinori
jedzą chińskie makarony
Amidami Bashikari
Gównem w gacie się zesrali

Kilka słów o poezji

Napisałem dzisiaj wiersz „Tam gdzie bobry klecą tamę”. Napisałem i doszedłem do wniosku, że zbiór światowej poezji jest kompletny. Już nic więcej wartościowego nie zostanie napisane. Mam jeszcze jakieś 50 wierszy w zanadrzu i nadal będę je zamieszczał do wyczerpania. Nie będę natomiast pisał nic nowego, gdyż nie ma to sensu. Szczerze i nieskromnie powiem, że Szymborska, Miłosz, Mickiewicz i ja odwaliliśmy kawał dobrej roboty. Zastrzegam sobie możliwość odwołania tego w przyszłości i wyparcia się w żywe oczy.

Horoskop noworoczny 2017

Cześć młody skaucie. Przyszedłeś tu po horoskop noworoczny. Ale jak to? Skąd on wiedział? Pomyślałeś. Jestem kurwa jasnowidzem – muszę wiedzieć takie rzeczy.

Wodnik – Masz pewien przysmak, który zajadasz pasjami. Zrób jego zapas, gdyż z powodu awarii ciepłowni może zabraknąć go w okolicznych sklepach. Później siedź w oknie i zajadaj na oczach sąsiadów.
Ryby – W ZOO kupisz tanio mięso z egzotycznego zwierzęcia (hipopotam). Zamroź nadmiar i narób weków a będziesz miał przysmak na lata.
Baran – Będziesz chodzić do roboty, spać, jeść, wydalać. Układ wydalniczy sprawny na 83%.
Byk – Ponownie świetny rok. Napiszesz na przystanku mazakiem HWDP, nie obawiaj się konsekwencji, nikt nie widzi.
Bliźnięta – Pewien brunet z wąsem spod znaku wagi uwiedzie cię i pomoże odnaleźć wiarę w boga. Dej mu za to ze dwa złote więcej na tacę.
Rak – Nic ciekawego cię w tym roku nie spotka. Pik nieszczęscia osiągniesz w październiku chorując na grypę (bez powikłań) a najbardziej pozytywną rzeczą będzie, że baba w sklepie wyda ci 20 zł za dużo. Przeczekaj do 2018.
Lew – Passę świetnych wypróżnień przerwie zatwardzenie w okolicach sierpnia. Weź to jednak za dobrą monetę. Po tym indydencie do końca roku znów wspaniałe wypróżnienia.
Waga – Interes na boku niespodziewanie przyniesie dodatkowe profity. Nie ufaj strzelcowi.
Skorpion – Uważaj. Milicja wie co trzymasz w piwnicy.
Bóbr – W styczniu zawody w kręceniu jojo niespodziewanie przerwie brak prądu akurat w momencie najpiękniejszej akrobacji. W lutym podczas zlotu gołębiarzy ułamiesz zęba na ziarnku ryżu. I tak zasadzie przez cały rok. Seria drobnych wpierdoli od losu.
Strzelec – Zdobywając zaufanie osoby spod znaku wagi będziesz w stanie rozwiązać od dawna trapiący cię problem (usterka hydrauliczna). Waga nie będzie chciał pomóc i będzie się migał, nie zapłać mu za usługę.
Koziorożec – Osoba spod znaku Raka połączy ci brwi markerem na wspólnej imprezie, po tym jak stracisz przytomność od alkoholu i narkotyków. Fałszywy przyjaciel? Pomyślisz. Jednak w okolicach października ofiaruje ci za darmo grzyby. Część robaczywych to prawda. Jednak około kilograma i tak zdatna do spożycia. Wartość rynkowa 42 złotych. Rzadko trafiają ci się tak szczodre prezenty, gdyż jesteś chujem i nikt cię nie lubi.

Medycyna naturalna – część 1

Miałem założyć nowego bloga o medycynie naturalnej, ale na tym idzie mi wystarczająco chujowo. Dwa to za dużo. W takim razie zacznę długi i obszerny cykl poświęcony medycynie naturalnej. Na pierwszy ogień idzie leczenie gównem.

Medycyna naturalna – leczenie gównem

Rozdział I – diagnostyka za pomocą gówna

Pewnie wiecie, że na podstawie różnych cech stolca takich jak zapach, wygląd, czy smak rozpoznać można różne choroby. Tak mówi medycyna konwencjonalna, ja zaś skupię się na tym czego od pokoleń uczą wsiowi znachorzy. Na tym czego nauczyła mnie babka.
Żeby zdiagnozować kupsko należy nasrać pod lasem. I teraz mamy następujące możliwości.
Do kupy zlecą się pszczoły – cukrzyca
Komary – krwawienie z przewodu pokarmowego
Wilki – prawdopodobnie odrywa ci się mięso w środku ciała
Małe dzieci – czekolada w kale. Nie wiem co to znaczy. Udaj się natychmiast do prawdziwego lekarza i nakreśl mu sytuację.
Szkło lub kolce w kale – prawdopodobnie masz zranienia odbytu
Długa cienka kupa – nadciśnienie tętnicze
Brak stolca – osłabienie mięśni okołoodbytniczych
Gołąbek zamiast kupy – to norma, Gołąbki po prostu się nie trawią. Gorzej jeśli nie jedliśmy gołąbka. Ewentualnie wchodzi w grę to, że ktoś gołąbka umieścił w odbycie np. podczas snu.
Szyszka zamiast kupy – poszukaj dobrze, prawdopodobnie prawdziwa kupa leży gdzieś obok
Do stolca zbiegły się sarny – spierdalaj jak najszybciej umiesz. Sarny to skurwysyny.
Policja chce dać ci mandat za wypróżnienia publiczne – wytłumacz zaistniałą sytuację, ewentualnie pokaż receptę.

I to jest w zasadzie całość wiedzy o naszym ciele jaką dać nam może stolec. W następnym odcinku opiszę inne zastosowania stolca.

Zdjęcie artystyczne „Słodki kotek z internetu”

Nie rozumiem fascynacji zdjęciami młodych kotów, których internet jest pełen. Zresztą nie wiem, czy takie zjawisko w ogóle istnieje w rzeczywistości. Spotkałem się z nim tylko w internecie. Żadna osoba na żywo nie wykazała nigdy zainteresowania w tym temacie. Może to dlatego, że zadaję się wyłącznie z rodzicami, babcią i starymi babami z roboty? Stare baby koty pieką, więc nie bardzo chcą gromadzić dowody w postaci fotografii. Nie jest to teraz istotne, przejdźmy do meritum. Nie muszę chyba dodawać, że zdjęcie będzie w formie pisemnej.

Pośród ogólnego rozgardiaszu znajduje się mały kotek. Wygląda jakby miał bardzo mięciutkie futerko. Maść kota to brąz. Ma minę która mówi „nic nie zrobiłem”. Tak skurwysynu? Nic nie zrobiłeś? To kto rozpierdolił wszystko wokół. I faktycznie, jakby rozejrzeć się dookoła to wszędzie syf. Rozjebane słoje z ogórami, jakieś szczoty porozpierdalane, w piździec rozkurwione inne rupiecie. Ogórki oczywiście ponadgryzane, ale żaden nie dokończony. Fotografowi udało się uchwycić kontrast pomiędzy słodką i niewinną miną kotka a syfem panującym wokół. Jeszcze ma skurwysyn kawał ogóra na wąsie. Miał wpierdol tego dnia.